Tak jak lat temu ze trzy zachwycałam się na łamach innego bloga nowym serwisem ‘nasza-klasa’, tak teraz jestem monotematyczna w swych rozważaniach i znów wpis sponsoruje nam literka “F” jak Facebook.
Obserwuję bowiem na rzeczonym serwisie poczynania znajomych organizujących konwenty. Przed momentem we Wrocławiu zakończyły się Inne Sfery, wkrótce w Toruniu odbędzie się “Copernicon”.
W zamierzchłych czasach, kiedy nie miało się rodziny, pracowało się raczej na etacie (z drobnym dodatkiem freelancerki) i wieczorami zamiast dłubać nad kolejnym projektem można było jak człowiek cywilizowany odpocząć po dniu pracy – otóż, w tych odległych czasach zdarzało się popracować przy tym lub innym konwencie. Ówczesną partyzantkę wspominam ze sporym sentymentem, ale rozwój serwisów społecznościowych uświadamia mi z każdym dniem, jakim ułatwieniem dla organizatorów tego typu imprez stał się internet z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Kilka lat temu, kiedy nie było jeszcze naszej-klasy i FB, metodą na rozreklamowanie imprezy jak najmniejszym kosztem (ta opcja zawsze bardzo się liczyła) było:
- rozesłanie maili po znajomych
- poinformowanie kogo się da przez GG
- reklama na #irc’u
- z esemesami bywało różnie, mam wrażenie że dziesięć lat temu była to zbyt droga zabawa, by warto się w nią bawić na masową skalę
- przygotowanie własnym sumptem chałupniczą metodą plakatów/ ulotek i rozwieszanie/ rozkładanie ich na podobnych, zaprzyjaźnionych imprezach, w klubach, księgarniach, akademikach itp.
Co zmieniła nasza-klasa? Ano to, że można było rozsyłać informację również tą drogą po znajomych, że można było stworzyć imprezie profil fikcyjny, do którego zapraszało się pół fandomu, przy czym z uwagi na ograniczoną funkcjonalność naszej-klasy najlepszym rozwiązaniem było zamieszczanie informacji pod postacią nowych zdjęć.
Facebook, z całą swoją złożonością, funkcjonalnością i możliwościami, przy jednoczesnej prostocie obsługi stanowi rewolucję. Podobnie jak w przypadku naszej-klasy tworzymy profil imprezy, ale możliwości jakie oferuje amerykański gigant to mniej więcej różnica tej jakości, jak gdyby się przesiąść z poczciwego peceta 386 na najnowszy model laptopa. Niebo a ziemia.
Wpis który zamieścimy u siebie jako organizator danej imprezy pojawia się automatycznie na tablicy wszystkich osób, które są naszymi znajomymi/ lubią nas. Osoby te mogą nasz wpis polubić, skomentować, polecić, udostępnić u siebie. Wtedy informacja dociera także do ich znajomych, oni też mogą info polubić/ udostępnić, wiadomość idzie dalej, ot taki sympatyczny łańcuszek. A ponieważ na Fejsbuku znajomi o wspólnych zainteresowaniach szybko się odnajdują, można uznać, że jest to bardzo skuteczna metoda rozpowszechniania wiadomości.
Wiedzą o tym doskonale firmy, tworzące strony konkretnych produktów lub marek- przez proste kliknięcie ikonki ‘lubię’ można błyskawicznie dołączyć do grona fanów. Na wielbicieli danej marki czekają liczne niespodzianki, począwszy od nieoficjalnych informacji na temat produktów jakie wkrótce pojawią się na rynku, poprzez zniżki na produkty w sklepach firmowych, talony uprawniające do zakupu oferty specjalnej – tu w zasadzie możliwości promocji ogranicza tylko fantazja działu kreacji i budżet przeznaczony do rozdysponowania pomiędzy wiernych klientów. Co ma z tego firma? bezpośredni namiar na osoby żywo zainteresowane ich ofertą, które najprawdopodobniej skorzystają z zaoferowanego im kuponu, a przy okazji być może poinformują o produkcie swoich znajomych. Ręka w górę, kto jeszcze nie dostał wiadomości “użytkownik XY lubi XYZ i uważa, że ty też go polubisz”?
Wracając do naszych baranów. Druga sprawa. Wpis taki możemy opatrzyć linkiem, materiałem multimedialnym (np. filmikiem zamieszczonym uprzednio na youtube lub vimeo), grafiką- to znacznie przyczynia się do zwiększenia atrakcyjności przekazu. Przekłada się to bezpośrednio na większą szansę, że ludzie w to klikną, a kliknąwszy- polubią bądź udostępnią u siebie.
O łatwości zdobycia kontaktu z potencjalnym gościem/ twórcą programu/ uczestnikiem pisać nie będę, bowiem to rozumie się samo przez się.
Facebook oferuje naprawdę sporo możliwości. Jeśli ma się zacięcie do marketingu szeptanego można niewielkim nakładem sił i zerowym niemal nakładem kosztów dokonać rzeczy wielkiej. Gdybym miała wskazać na podręcznikowy przykład, zasługujący na uwiecznienie w postaci case study to – pozostając w klimatach fantastycznych- wskazałabym na organizatorów wspomnianego na początku Coperniconu oraz na Tomka z Fabryki Słów. Ten ostatni skupił wokół siebie liczne grono czytelników książek, firmowanych przez lubelskie wydawnictwo. Pod jego wpisami toczą się żywe dyskusje, a jednocześnie panuje sympatyczny, familiarny wręcz klimat. Chapeau bas.

