Mieliśmy okazję robić serwis internetowy dla jednej z dość dużych, obrośniętych w procedury i instrukcje wewnętrzne firm. Jak to często w przypadku korporacji bywa, zadanie – z punktu widzenia specjalistów o freelancerskiej przeszłości – kwalifikowało się do kategorii ‘misja specjalna’.
Po kolei. Osoby władne podejmować decyzje były już tak wymęczone poprzednim systemem zarządzania treścią, a z drugiej strony zachęcone ceną usługi, że sama produkcja poszła gładko i bez problemów, ku naszemu lekkiemu zaskoczeniu. Klient zastrzeżeń ani poprawek w trakcie wdrażania projektu nie zgłaszał, schody zaczęły się dopiero przy… instalacji na serwerze Klienta. Na marginesie- w efekcie koszty tej instalacji stanowiły zauważalny procent kosztów wykonania strony, a łatwo można było ich uniknąć.
W czym tkwił problem? Zwykle własne oprogramowanie instalujemy Klientowi sami, ale w tym konkretnym przypadku – ze względów “bezpieczeństwa” – było to niemożliwe. Niemożliwe było nawet uzyskanie informacji o konfiguracji serwera, a że koszt napisania instalatora nie był uwzględniony w cenie usługi, Klient nową stronę instalował sobie sam
Per aspera ad astra chciało by się rzec. Instalowanie oprogramowania trwało niestety długo, w miarę możliwości (dane specjalnego znaczenia!!) służyliśmy pomocą, co sprowadzało się przede wszystkim do prowadzenia rozbudowanej korespondencji mailowej oraz licznych kontaktów telefonicznych. Nowe technologie są wspaniałą rzeczą, jednakże w przypadku przekazywania specjalistycznych instrukcji postępowania i komunikatów o błędach nie zawsze się sprawdzają.
Zaczęło być niefajnie, Klient się denerwuje (bo strona mu nie działa), my też się denerwujemy (bo Klient się denerwuje… a secundo- bo wedle naszej najlepszej wiedzy wszystko powinno chodzić jak złoto), dostępu do serwera FTP nadal nie mogliśmy uzyskać. W końcu wyjście z sytuacji godne Salomona – przyjedzie do nas pracownik ze służbowym laptopem.
Służbowy laptop połączył się z FTP bez problemu, w 30 sekund znaleźliśmy błąd, w kolejne 30 sekund uruchomiliśmy serwis.
Błąd jak się okazało był z gatunku niespodziewanych, ale łatwych do usunięcia: używany przez osobę instalującą oprogramowanie klient FTP przy przesyłaniu pliku na serwer nie poradził sobie ze znakami nowej linii i zbił jedną z bibliotek do jednej linii tekstu.
Wnioski z powyższego case study:
procedury bezpieczeństwa zakazujące wydania osobom spoza firmy dostępu do serwera (mimo podpisanej umowy i naszej propozycji podpisania osobnej, drakońskiej, bezpłatnej umowy na instalację oprogramowania) kosztował wydawnictwo lekko licząc dodatkowe kilkaset złotych. Służbowa podróż osoby z laptopem na dystansie 100km, dzień pracy, czas poświęcony przez osobę instalującą oprogramowanie, czas – dobre dwa tygodnie – poświęcony przez pracowników z obu stron na zidentyfikowanie problemu, usunięcie problemu i na koniec na zainstalowanie systemu.
Kosztów tych można było uniknąć. Wystarczyło dać zleceniobiorcom dostęp do FTP na choćby 5 (słownie – pięć) minut, w jakiejkolwiek formie pozwalającej zapisać pliki – byłoby po problemie. Bez opóźnienia i bez kosztów, o nerwach nie wspominając
Zasady są ważne. Ale… “naucz się dobrze wszystkich zasad, żebyś wiedział, kiedy je łamać”.

