W internecie jest wszystko. Jeżeli czegoś w nim nie ma – to dany temat w ogóle nie istnieje. Ta podana pół-żartem, pół-serio prawda powoli zamienia się IMO w zmorę redaktorów i sprawia że jakość informacji serwowanej w sieci systematycznie spada.
Ostatnimi czasy bowiem odczuwam natłok informacji i artykułów których cała treść zawiera się w tytule. I ewentualnie leadzie. Czy chodzi o “przeklikiwalne”, 10 – zdaniowe nibyartykuły na WP, czy o materiały w Wikipedii (choć te ostatnie, dzięki wysiłkowi społeczności jeszcze dotyczą spraw konkretnych) – powoli po prostu nie ma o czym pisać. Świat dostarczył ogromną ilość wiedzy, ale zamieszczenie jej w ciągu kilkunastu lat na rozsianych po świecie dyskach przyzwyczaiło internautów do szybkiego przyrostu zamieszczanych informacji – czy to w formie blogów, czy w formie artykułów na portalach horyzontalnych, czy też w formie vortali. O ile są dziedziny, w których merytorycznych nowości nie brakuje (jak choćby współczesny rynek elektroniki, na którym co chwilę pojawia się nowa technologia), o tyle są tematy, w których powiedziano wszystko.
Dla przykładu – dzieci. Tematyczne portale dziecięce napisały już wszystko co mogły o każdym etapie życia pociech – od planowania bądź nieplanowania ich narodzin, po przecinanie pępowiny u “dzieci-dorosłych” zwanych z angielska “kidults”. Nowe trendy, teorie i produkty pojawiają się nieczęsto, a użytkownik klikać musi, użytkownika trzeba przywiązać nowościami, inaczej bowiem statystyki pozbawią redaktorów chleba. Pojawiają się więc krótkie, napchane obrazkową watą materiały na 10 podstron po 1-2 zdania każda, wałkujące fragmenty wielokrotnie przewałkowanych informacji.
Albo gry komputerowe. Proces produkcji gry jest długi i mało efektowny, nowe enginy pojawiają się rzadko, a gatunki wymyślono już wszystkie. A pisać trzeba – dlatego ostatnio na potęgę można czytać o historii gier, jest to bowiem temat dotychczas niewyeksploatowany i można w nim poruszać się dość sensownie. Jeszcze, bowiem historia gier komputerowych jest krótka. Co będzie potem? Zakład, że krótkie, napchane obrazkową watą materiały na 10 podstron po 1-2 zdania każda?
Inna sprawa, to czy współczesny internauta jest w stanie przebrnąć przez dłuższy materiał przekazujący istotny ładunek wiedzy. Powiadają, że nie bardzo, ale przykłady ze znajomego podwórka – jak choćby O obrotach sfer niebieskich – sugerują, że może jednak tak…


Fakt, że niektóre “podsumowujące” wpisy mogą być denerwujące, ale jeśli ktoś pisze od siebie, to wydaje mi się, że nie ma co się zbędnie irytować – przynajmniej stworzył coś nowego pod względem literackim. ;] Ja np. staram się opisywać rozwiązania pewnych trudności jakie można napotkać podczas pracy, ale zdaję sobie sprawę, że sprawny “googlacz” znalazłby taką informację w dziesięciu innych miejscach. Tylko, czy dlatego,że coś już jest nie ma powstać nowy materiał ukazujący to z jeszcze jednej strony?
@Tomasz Kowalczyk – masz rację, że blogi, które we wpisie wrzuciłem do jednego worka to jednak trochę inna liga niż artykuły na WP, ale też “inne spojrzenie” na daną sprawę jest merytorycznie wartościowe. Niechby i było “takie samo” nawet, ale dopóki ktoś napisze “zgadzam się z tym i owym, ponieważ to i tamto” – ma to jakąś wartość. Ale jest coraz więcej materiałów, które wyglądają jak zlepek kilku innych na ten sam temat, tylko przepuszczony przez soft do wyszukiwania synonimów. I skrócony do 1-2 zdań na podstronę
O dzieciach powiedziano już faktycznie wszystko. Dlatego ważny jest, moim zdaniem, sposób przekazywania informacji. Bardziej, hmm, osobisty rys, że tak się wyrażę. Tego osobistego rysu wielu portalom rodzicielskim brakuje. Właściwie teksty są wszędzie takie same i jeśli komuś podać dany artykuł bez informacji o źródle, niemożliwością będzie stwierdzić, gdzie się ukazał. Tutaj właśnie pole do popisu znajdują blogerzy. Blog z definicji jest subiektywny i naznaczony indywidualizmem i kto wie, czy współczesny czytelnik (czytaj: rodzic in spe lub rodzic “kompletny”) tego własnie nie szuka.
Znam przykład blogowej waty obrazkowej – z litości nie podam adresu – z wypranym ze wszelkiego indywidualizmu króciutkim tekstem. Cały sztab ludzi pracował, żeby stronę wypromować i… klapa. Bo właściwie jest to w formie bloga podana ta sama sieczka co wszędzie, tylko że jeszcze skrócona.
@MW – dostałem niedawno link do strony, na której były dosłownie dwa zdania + wielkie zdjęcie. Artykuł na może jeden ekran został zamieniony w czterostronicowy “poemat o niczym”. Na szczęście dzięki AdBlockowi wiele na mnie nie zarobią. ;]