Szwaja – bez happy endu

Na okoliczność długiego majowego weekendu wzięłam na warsztat literaturę lekką, łatwą i przyjemną. Don Tapscott nie zając, nie ucieknie (choć też jest to książka sympatyczna). Panie i panowie, przed państwem najnowsza powieść Moniki Szwai. “Zupa z ryby fugu”, taki bowiem tytuł nosi kolejna powieść popularnej pisarki, to poniekąd piąty tom cyklu zainaugurowanego “Klubem Mało Używanych Dziewic”. O ile piewsze dwa tomy “dziewic” były utrzymane w klimacie charakterystycznym dla dotychczasowych dokonań Szwai, o tyle trzy ostatnie części mam wrażenie z lekka szwankują. Wcześniejsze, luźno z sobą powiązane powieści z życia ‘telewizorów’, ludzi od koni i agroturystyki a także bynajmniej nie przynudzającej polonistki miały kilka wspólnych cech. Przede wszystkim ogromny, porażający optymizm. Bohaterki – nie zapominajmy, że mamy do czynienia z literaturą stricte kobiecą – z pieśnią na ustach realizowały się zawodowo. Owszem, jakieś obawy co do przyszłości oraz sensu obranego zawodu mieć mogły, zarabiały powiedzmy raczej przeciętnie, ale cieszyły się generalnie szacunkiem i uznaniem otoczenia. Ewentualne kłopoty na tle prywatnym, rodzinnym bądź uczuciowym dostarczały czytelnikom rozrywki, a Autorce solidnej pożywki do pisania kolejnych rozdziałów. Otoczenie sympatycznych, życzliwych ludzi, konkretne pasje i zainteresowania a przede wszystkim umiejscowienie akcji w Polsce ‘tu i teraz’, w konkretnym mieście i konkretnym czasie to kolejne wspólne cechy powieściowych ‘dekoracji’. Ostatnie trzy tytuły niosą jednak pewne zmiany.

Po pierwsze, nie jest już tak sielsko, anielsko.
Po drugie, Autorka mam wrażenie zaczęła pisać literaturę bardziej zaangażowaną, przy okazji popuszczając cugli swym własnym poglądom na aktualne tematy społeczno- polityczne.
Po trzecie, mam wrażenie pewnego oderwania od rzeczywistości. Licentia poetica oczywiście nadal obowiązuje i to Autorki świętym prawem jest pisać tak, jak jej w duszy gra, ale umówmy się: ile kobiet, uciekających od mężów/damskich bokserów może sobie pozwolić na dzień dobry na luksus wystawienia temuż mężowi rachunku za minione lata na kilkadziesiąt tysięcy złotych i przelanie z konta wspólnego na konto prywatne tejże kwoty? Ile kobiet, rozpoczynających po różnych burzliwych perypetiach nowe życie jest rozchwytywanych zawodowo, zarabiając dobrze powyżej średniej krajowej? Oczywiście, zdarzają się takie jednostki, tylko na bogów, dlaczego pojawiają się one z reguły w książkach Szwai?

Wracając do rzeczy, czyli do tytułowej zupki rybnej. Czym Szwaja nie zaskakuje: znów spotykamy starych znajomych. Znów mamy Szczecin. W tle telewizja, polonistyka, rosyjskie ballady Saszy W. Natomiast atmosfera książki jest wyraźnie dołująca. Depresja, w jaką wpędza się jedna z bohaterek, trollowanie na internetowych forach, po raz kolejny nieciekawe relacje z teściami/ rodzicami – to wszystko sprawia, że “Zupa z ryby fugu” nie jest lekturą lekką, łatwą i przyjemną. Nie poprawia ona humoru, nie podnosi na duchu, nie pozwala oderwać się od rzeczywistości. Andrzej Rostocki z “Rzeczpospolitej”, który w swych comiesięcznych książkowych rankingach the best of regularnie gani Szwaję za nadmierny optymizm będzie zapewne zachwycony. Jako czytelniczka zachwycona nie jestem. Powieść ewidentnie potrzebuje ciągu dalszego. Za wiele wątków nie zostało zakończonych, zresztą powiedzmy sobie szczerze: książkowe zakończenie niewiele osób zadowoli. Nie lubię urwanej akcji, nie przepadam za greckimi tragediami, a tymczasem jedna z moich ulubionych autorek właśnie coś takiego mi zaserwowała. Doprawdy nie wiem, czy mam ochotę sięgać jeszcze raz po “Zupę…” (ot takie niewinne zboczenie, ulubione książki mam zwyczaj czytać co najmniej dwa razy. Dla wydobycia dodatkowych smaczków oczywista). Obrazowo rzecz ujmując, “Zupie z ryby fugu” bliżej do książek I. Sowy – pozornie sympatycznych i lekkich, przy bliższym zapoznaniu się dołujących jak cholera- niż do tradycyjnej twórczości Moniki Szwai. Nie będę się też zarzekać, że zraziłam się do powieści szczecińskiej pisarki dokumentnie, ale coś mi zaczęło zgrzytać we wzajemnych relacjach na linii czytelnik- twórca.

Podsumowując: rzecz dla fanów twórczości Moniki Szwai, powieść dla wielbicieli duetu Róża-Lila (coś mnie się widzi, że trzecia dama wkrótce do nich na stałe dobije), ale podczas lektury nie liczcie na świetną zabawę.

Dodaj odpowiedź