Wycena projektu – ten temat od zawsze budził spore zainteresowanie. Ale zagadnieniem, które w pracy potrafi podnieść temperaturę na równie wysoki poziom jest niewinny “czas”. Podejście do czasu wykazywane przez klienta i zleceniobiorcę (pod tę kategorię podchodzą szczególnie firmy zewnętrzne i freelancerzy) jest diametralnie różne. Jedni są z Marsa, drudzy są z Wenus i mimo wzmożonych wysiłków trudno przeciwną stronę przekonać do swoich racji.
Przykład z życia wzięty: dzwoni potencjalny klient, przedstawia swój problem, proponujemy mu wstępne rozwiązanie. Klient wydaje się być zainteresowany dalszą współpracą, spotykamy się, ustalamy szczegóły, w tym – uwaga, uwaga – wstępny harmonogram działań. I gdybyśmy grali w grę fabularną to dochodzimy w tym mniej więcej momencie do etapu: korytarz którym podążasz rozdziela się. Masz trzy drogi: prawo, lewo czy prosto?
W przypadku klienta oznacza to mniej więcej że: opcja nr 1, najprzyjemniejsza- wszystko idzie zgodnie z planem (i tu przydaje nam się Isido
pozwalające wszystko dobrze zaplanować, rozrysować, podzielić koszty i pracę). Opcja nr 2, mniej miła, ale zdarza się- klient się rozmyśla i rezygnuje ze współpracy. Opcja nr 3, najbardziej konfliktogenna – klient sprawia wrażenie że się rozmyślił, nie reaguje na maile z prośbą o przesłanie potrzebnych materiałów, na telefony takoż. Mówi się trudno, bierze się następną pracę. Tylko że niestety w opcji nr 3 Klient zwykle budzi się po kilku tygodniach – bywa że i po kilku miesiącach – z mniej lub bardziej subtelnym przypomnieniem, że mieliśmy coś razem robić i że dobrze, aby robota była gotowa na przedwczoraj.
I tutaj dochodzimy do ściany. Klienta staram się zrozumieć, zwykle jest to osoba mająca pod sobą co najmniej kilkunastu pracowników etatowych. A pracownik etatowy jak słyszy od szefa: ‘podskakuj’ to co najwyżej zapyta jak wysoko lub jak długo ma czynność tę wykonywać. Szef wydaje polecenie i ma ten komfort, że może sobie przestać głowę zagadnieniem zawracać. Ewentualnie może za czas jakiś sprawdzić wynik pracy, jeśli jest niezadowalający to pechowy pracownik wędruje na zieloną trawkę, a w firmie tworzy się wakat. Z freelancerami bądź firmami zewnętrznymi jest nieco inaczej. Klient może być najlepszy, ukochany, przesympatyczny i w ogóle do zeżarcia, ale jeśli nie mamy z nim umowy na mocy której regularnie płaci za coś ryczałtem to sorry Winnetou, trza brać nową fuchę. Żeby nie zardzewieć i aby było z czego rachunki opłacić.
Klient zwykle poniewczasie przypomina sobie o wspomnianym wyżej harmonogramie prac. I wskazuje palcem: proszę państwa, zgodnie z tą rozpiską powinienem otrzymać gotowy projekt trzy miesiące temu.
Na co pozostaje tylko jedna odpowiedź “proszę pana, zgodnie z rozpiską to my te pieniądze wydaliśmy półtora miesiąca temu na ZUS oraz opłacenie podatku dochodowego…”.
Właśnie dlatego powstało Isido – aby można było sobie spokojnie zaplanować, kiedy co chcemy zrobić. Aby można było do odpowiedniej części naszych planów dopuścić osoby z nami przy danym zagadnieniu współpracujące. Bo w przypadku większości ‘wolnych zawodów’ odpowiednie zaplanowanie czasu pracy to połowa sukcesu.

