Facebook rulez

Obawiam się, że Nasza-klasa przespała swoje pięć minut. Bowiem wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, iż rok 2010 będzie symbolicznym początkiem końca sukcesu. Powód? Naturalnie facebookowa ofensywa.  Społecznościówka, która z pewną taką nieśmiałością pojawiła się na polskim rynku, w ostatnich miesiącach nabrała zadziwiającego szwungu.Niemalże nie ma dnia, bym nie otrzymała zaproszenia do kontaktów od kolejnego znajomego, który postanowił założyć sobie konto na Facebooku. Nie ma godziny, by nie pojawiła się informacja o tym, jak w ZooWorld, FarmVille, Happy Aquarium czy Mafia Wars radzą sobie konkretni znajomi. Regularnie napływają także zaproszenia/sugestie do zapisania się do kolejnej, mniej lub bardziej sensownej grupy.

I tu potęga Facebooka ujawnia się najpełniej. Na naszej-klasie nie było chyba większego obciachu niż dopisać się do grona fanek Kasi Cichopek, Lamborgini, wielbicieli Małysza czy poczciwych Smerfów. Użytkownicy Facebooka tego problemu najwyraźniej nie mają. O ile rozumiem doskonale sentymenta nakazujące dołączenie do grupy ‘urodzeni w latach 70-tych’, o tyle mniej do mnie przemawiają polityczno- społeczne akcje w stylu ‘podziękujmy premierowi’ lub ‘zróbmy wszystko, by PiS nie powróciło do władzy’. Ale ok, polityka narodowym sportem Polaków jest, ktoś w ten sposób zamierza się określać, jego małpy, jego cyrk. Natomiast masowe pielgrzymki do grup skupiających osoby mające problem z porannym wstawaniem czy też uważające sformułowanie ‘w ch…’ za doskonały liczebnik nieco mnie zadziwiają. Wydaje mi się że rozumiem – autokreacja, autoprezentacja i generalnie wrażenia jak po przesiadce z fiata do najnowszego modelu Lambo. Mnogość bajerów powoduje, że nie wiadomo czym najpierw się zachwycić i od czego rozpocząć zabawę.

A propos zabawy – naszoklasowe bukieciki, serduszka i insze graficzne wodotryski, którymi mogliśmy za drobną opłatą uradować znajomych to doprawdy mały pikuś w porównaniu z tym, jaką kasę na użytkownikach ma szanse zarobić Facebook.
Ekstra rybki, domki, traktorki czy wręcz facebookowe monety, które nabyć możemy płacąc kilkanaście do kilkudziesięciu centów nie wydają się na pierwszy rzut oka żyłą złota. Ale po przeliczeniu na ilość użytkowników potencjalnie zainteresowanych upiększeniem swej farmy- rispekt. Duże brawa dla autorów gier również za umożliwienie użytkownikom całkiem niezłej zabawy bez inwestowania przez nich w wirtualnych światach realnych pieniędzy. Zasada langsam, langsam, aber sicher (a jeśli ci się pali to zapłać) wydaje się być zasadą sensowną.
Natomiast brak social games może okazać się gwoździem do trumny naszej-klasy, a sądząc po ilości czasu, jaką na facebookowe giercowanie poświęcają moi znajomi (generalnie ludzie pracujący i to dość intensywnie) naszoklasowi specjaliści przegapili cholernie istotny trend. Połączenie funkcjonalności kilku serwisów (czat, album ze zdjęciami, blip/twitter) pod jednym dachem musiało się sprawdzić, a jeśli jeszcze dodamy do tego mistrzowsko rozegrany wątek sugestii, poleceń oraz wiadomości to zwyczajnie: chapeau bas.

Oczywistym jest też, że kwestią czasu pozostaje, kiedy dżezi będzie narzekać na Facebooka.

Dodaj odpowiedź