Wszyscy byli na Avatarze, byłem i ja

Wiele już powiedziano o filmie, ja jednak chciałbym dorzucić swoje zdanie, jako potwierdzenie zdań wielu osób :) W skrócie – film jest jak muzyka Iron Maiden – świetny i ani trochę odkrywczy (przynajmniej fabularnie).
Siła filmu tkwi właśnie w tym, że jest ucieleśnieniem snów ludzi wychowanych na Złotym Wieku SF. Na ogranej scenografii, ogranych zabiegach fabularnych i prostych podziałach na dobrych, złych i brzydkich. I tak jak ktoś poszukujący kina dotykającego poważnych problemów egzystencjalnych nie powinien iść na westerny Sergia Leone, tak ktoś kto spodziewa się czegoś innego niż opowiedzianej z wielkim rozmachem historii tkwiącej korzeniami w Złotym Wieku SF, powinien sobie odpuścić lub obejrzeć bez nastawienia się na to, że mu się spodoba.

“Avatar” jest też kolejnym krokiem w historii kina na miarę co najmniej Władcy Pierscieni. Chcąc niechcąc, każdy kolejny film SF będzie musiał co najmniej próbować mu dorównać.

Nie żeby nie było momentów w którym od licentia poetica bolały zęby (desant piechoty wprost do dżungli albo wielki nóż jako broń boczna machiny kroczącej), ale były to momenty krótkie i szybko popadające w zapomnienie :)

Dodaj odpowiedź