Wszyscy piszą o iPadzie, napiszę i ja. Nie o tym co ma, a czego nie ma, gdyż to wszyscy już doskonale wiedzą. Nie o tym także, czy to czego nie ma jest potrzebne, czy nie jest.
Tym, co mnie urzeka w całej historii iPada jest do perfekcji opracowana machina promocji i marketingu. Umiejętne podgrzewanie atmosfery przez ponad miesiąc i wreszcie wielki szum towarzyszący “ujawnieniu” produktu.
Jeśli podobny produkt, czy dokładniej – jakikolwiek produkt – oferowałaby dowolna inna firma, część grupy docelowej by się o nim dowiedziała, część nie, część zanotowałaby nowość, część nie… a o iPadzie mówią i wiedzą wszyscy, którzy nie tyle nawet, że mogliby mieć na niego chrapkę, ale wszyscy, którzy na tyle korzystają z nowoczesnych technologii, że potrafiliby go po prostu obsłużyć.
Dziwi mnie też skala emocji towarzyszących iPadowi, tak jakby rzesze ludzi zapomniały, że to po prostu jeden z wielu nowych elektronicznych gadżetów. Tak jak iPhone to jeden z wielu telefonów, a iPod to jeden z wielu odtwarzaczy mp3. Dla mnie to skala manipulacji tłumem porównywalna z dokonaniami największych propagandzistów w historii ludzkości. Dziwna o tyle, że poddali się jej ludzie o wiedzy pozwalającej na zrozumienie specyfikacji technicznej takiego urządzenia, ba, poddały rzesze geeków i innych technologicznych odszczepieńców.
I za to, za manipulację ludźmi z definicji odstającymi od społecznych norm i często stojącymi w opozycji do archetypu pospolitego zjadacza pulpy informacyjnej, machinie propagandy Jobsa należą się brawa.
Pal sześć dywagacje etyczne towarzyszące propagandzie od początków jej istnienia. Za styl i skuteczność – 10/10.

