Może nie jest aż tak tragicznie jakby to sugerował tytuł, ale jednak coś jest na rzeczy. Zadzwonił do mnie znajomy z prośbą, żeby mu “kupon z Google uruchomić bo 250 zł piechotą nie chodzi”. Po chwili sondowania znajomego okazało się, że Google rozsyła promocyjne kupony na Adwords dla tych, którzy jeszcze nie korzystali.
Przez chwilę starałem się wyjaśnić w jaki sposób się zarejestrować i uruchomić kampanię, jednak znajomy twardo twierdził, że się na tym nie wyznaje i woli żebym ja, tymi rękami, konto mu skonfigurował i pieniądze z kuponu wykorzystał. Sam bowiem sprzedaje materiały budowlane i jeśli będę mu dalej wyjaśniał, to przy najbliższej okazji też mi powie że wybór odpowiednich paneli albo płytek to “bardzo prosta sprawa i da się załatwić przez telefon”.
Poszedłem więc, obejrzałem ulotkę wysłaną przez samego Googla na adres firmy (a więc zupełnie nowy rodzaj promocji – do tej pory kupony raczej przechodziły np. przez Home.pl) i zasiadłem do zakładania konta.
Rezultat całej operacji przywiódł mnie do wniosku, że o ile sam pomysł na kampanię świetny – ta bowiem kierowana jest ewidentnie do ludzi, którzy z PPC nie korzystają albo i nie wiedzą nawet, że oni też mogą się w internecie zareklamować – to kilkadziesiąt procent klientów zdecydowanych na wykorzystanie fundowanej reklamy (i ewentualne dalsze korzystanie z Google Adwords) niestety nie poradzi sobie z uruchomieniem całej maszyny.
Po pierwsze bowiem, nie wiedzieć czemu, po założeniu konta przez specjalną stronę stworzoną specjalnie dla tej promocji, interfejs jest… po angielsku.
Po drugie, nic nie sugeruje aby pod tekstem “uzupełnij szczegóły aby móc dokonać płatności” ukrywała się informacja “jeśli chcesz wykorzystać swój kupon, skonfiguruj najpierw opcje płatności choćbyś nie zamierzał z nich korzystać, to tam na dole tego długiego formularza, który pojawi się potem, będzie pole do wpisania kodu”.
Po trzecie, po wpisaniu kodu z kuponu, stwierdzeniu, że konto dalej ma kredyt równy zero i ponownej próbie wpisania kodu użytkownik dowiaduje się że “ten kod jest już wykorzystany” i potrzeba naprawdę słusznego obycia z komputerami i internetem, by wiedzieć że może to także oznaczać “poczekaj kilka minut bo kod może zostać naliczony z opóźnieniem”
Po czwarte wreszcie, skoro promocja jest na 250 zł dla nowych kont, to wypadałoby dodać choćby małym druczkiem “* – ale to tak naprawdę tylko 230 zł bo pobierzemy z tego opłatę aktywacyjną”
A na koniec – to w sumie przydałoby się boldem i na czerwono – potrzebny byłby dopisek “I przeczytaj dokładnie teksty z linków zamieszczonych drobnym drukiem na dole strony; tam jest napisane czemu, choć zrobisz wszytko tak jak należy, kampania i tak Ci nie ruszy”.
Bowiem żeby uruchomić kampanię trzeba wpłacić na swoje promocyjne konto z 250 złotymi na pokładzie jeszcze 40 zł żywą gotówką.
I choć do takich szemranych zabiegów marketingowych, w których 250zł = 190 zł wszyscy przywykli, to większość użytkowników komputerów przywykła także do tego, że niektóre rzeczy po prostu nie działają. Dlatego większość potencjalnych klientów nie będzie sprawdzać, czy przypadkiem w treści strony znajdującej się pod linkiem napisanym małym druczkiem na dole ulotki nie znajdzie się wyjaśnienie problemu. Po prostu założy, że “toniedziała”, zamknie stronę i… tyle będzie miało Google z nowego klienta.

